Przygoda z koszem obfitości

Przygoda z koszem obfitości

Za namową przyjaciół oraz agregatora opinii o przedsiębiorstwach turystycznych dostępnego on line, odwiedziłam “najbardziej lubianą restaurację z owocami morza” na Cyprze. 

Wraz z przyjaciółmi wybraliśmy tę, z siedzibą na Dhekelia Road,w dzielnicy turystycznej.
Sobota wieczór. Dokonaliśmy rezerwacji na wszelki wypadek. 
Prosty dojazd, miejsce parkingowe, piękne podświetlane fontanny na zewnątrz, a wewnątrz skromnie, ale wygodnie, czysto, dużo zieleni. Lokal był pełny, a jeszcze więcej gości przybyło po godzinie 20:00. 
Serwis uprzejmy i szybki.


Zamówiliśmy wiejską sałatkę, sałatkę z łososiem, hosomaki z awokado i plater z muszlami, smażonymi i grillowanymi kalmarami, krewetkami i rybą. Do tego były frytki i ryż.

Do picia butelka półsłodkiego wina i woda niegazowana.

Na początek pieczywo i zestaw smacznych dipów. Pieczywo zdecydowanie przeleżało weekend. A szkoda. Wystarczy rzucić kromkę chleba na grilla i już zmienia to postać rzeczy.
Potem sałatka wiejska. Nie zauważyłam w niej ani papryki, ani kaparów, ani pietruszki, ale były 3 oliwki!
Tak wielgaśnych kawałów cebuli nie widziałam w życiu. Ale sałatka była smaczna.

Jeśli chodzi o sałatkę z łososiem, było to moje danie główne, była bardzo smaczna ale te minimalne ilości ryby, która wyglądała jak by była już rozmrożona, ale jeszcze byłoby jej zimno, i te 20 kuleczek kawioru niestety były rozczarowujące.

Sushi-hosomaki z sosem sojowym były smaczne i świeże. Czego niestety nie można było powiedzieć o tacy obfitości. 
Frytki smakowały tak, jakby były usmażone razem z rybą. Gdyby zamknąć oczy, i wziąć do ust kolejno: rybę, krewetkę, frytkę – bardzo ciężko rozróżnić co jemy.

Grillowane kalmary były absolutnie niejadalne, gumiaste, bez żadnego smaku, a dodatkowo sos którym dosłownie opływały, był bliżej nieokreślonej niesmacznej barwy.
Nie zapytałam żadnej z radosnych i roześmianych kelnerek co to za rarytas, bo z pewnością był to sekret szefa kuchni. 

Wracając do wina. Zamiast półsłodkiego, dostaliśmy wytrawne. Ale pani kelnerka była uśmiechnięta, radosna i pomocna, dlatego pozostawiliśmy to bez komentarza. Woda była znakomita, dobrze schłodzona. 

Ryba pojechała ze mną do domu. 
Podarowałam ją w prezencie mojemu kotu, który najpierw zapytał co to jest, a potem poinformował mnie żebym sobie z niego nie robiła jaj i nie wrócił do domu na noc.

Nie uważam się absolutnie za znawcę i wybitnego krytyka kulinarnego, zatem moja skromna opinia może nie wpłynąć na wytrzymałość waszych kubków smakowych na mrożonki wątpliwej świeżości i prawidłowości przygotowania oraz oleju który (po smaku i zapachu stwierdzam), jest jeden do wszystkiego i z pewnością się tam nie marnuje. 

Ciekawi mnie jednak co zamawiały osoby rekomendujące to akurat miejsce, bo jedynym logicznym wytłumaczeniem jest to że albo nie jadły owoców morza nigdy wcześniej lub na co dzień zajadają gotowane kalosze. O! Tak właśnie smakowały te grillowane kałamarnice!

Cena nas nie wbiła w krzesła, ponieważ menu jest jasno opisane. Napiwek dla miłych pań też zostawiliśmy. Pozostała niestrawność i taka myśl, czy to były radosne uśmiechy, czy uśmiechy politowania nad znakomitością naszej kolacji. Ciekawe jakie są wasze wrażenia z restauracji serwujących owoce morza na Cyprze? 

[bar group=”901″]

Skomentuj