fbpx

Cypr samochodami stoi

Eurostat opublikował ranking najbardziej „zmotoryzowanych” krajów Unii Europejskiej. Wedle statystyk Cypr znajduje się w ścisłym topie Wspólnoty. Patrząc po liczbie wypadków na drogach i, delikatnie to ująwszy, stylu prowadzenia przez mieszkańców wyspy można rzec, że bliżej Cyprowi do kraju kaskaderów niż kierowców Formuły 1.

Eurostat posługiwał się danymi w przeliczeniu na 1000 mieszkańców. Badania przeprowadzone zostały w 2018 r. Według nich prym w tej materii wiedzie Luksemburg (676 aut), za nim Włochy (646 pojazdów) a na trzecim miejscu ex aequo Cypr i Finlandia (629). W ogonie rankingu znajdują się takie kraje jak Łotwa (369) i Rumunia (332). Autorzy tych badań przestrzegli jednak, że wyniki z racji tego, że wiele osób dojeżdżających do pracy z innych krajów mogły wpłynąć na te badania. Tyle z teorii. Pora na praktykę.

W sumie szczerze powiedziawszy, to mnie to nie zdziwiło. Owszem, faktem jest, że transport publiczny kuleje. Połączenia owszem są, ale często i gęsto się mówi, a to o standardzie (gdy jeden z ministrów wsiadł do autobusu szkolnego pełnego różnorakich dziur, plam i trytytek), bądź też o strajkach, które wszystko paraliżują. Jednak na ulicy ciągle widać pojazdy. Wszelakie we wszelkich kombinacjach. Są takie luksusowe, którymi odwożone są dzieci do szkoły. Są też takie robocze, które z luksusem nie mają nic wspólnego, ale widać jest, że nie jedno przeszły. Można powiedzieć, że na wyspie kultura motoryzacyjna istnieje.

Oczywiście ma to swoje mankamenty. Sam byłem świadkiem jak pod Bank of Cyprus, jakiś gość zaparkował drogim Mercedesem tylko po to, by otworzyć bagażnik i wrzucić tam piach. Bez folii, bez zakrycia, bez jakiegokolwiek zabezpieczenia. Po prostu machał łopatą. Trochę się serce kraje, no ale taka kultura. Wpłynąć na to może również fakt, że niektóre rodziny mają po pięć, sześć aut. Jedno do szkoły, drugie na imprezy, trzecie do kościoła, a dwa pozostałe w razie wypadku. Jednak nie nam zaglądać w niczyje portfele, prawda? Może to jednak rzutować na rankingu.

Dlatego pozostaje być dumnym i liczyć, że z liczbą aut wzrośnie też świadomość, że droga to nie tor wyścigowy, piesi to nie pachołki, a policja to nie sędziowie, którzy rozdają noty za styl. Tak, aby dołączenie do ruchu było po prostu podróżą, a nie przygodą jak wejście do dzikiej dżungli. Kto choć raz jechał ulicami Pafos, ten wie o czym mówię.


Zostaw swój komentarz:

Więcej w tym temacie:


error: UWAGA: Zakaz kopiowania!